 |
| Pierwsze Mistrzostwa Kurierów to drugi zorganizowany
alleycat w Polsce. Pierwszy odbył się w Gorzowie
Wielkopolskim, tydzień wcześniej 17.06.2000 zorganizował go Masakra, który jest od wielu lat kurierem w Kanadzie i pochodzi właśnie z Gorzowa. |
| Warszawską imprezę można jednak uznać za prekursorską. Dla większości była
to zupełna nowość i tak naprawdę nikt nie wiedział czego można się spodziewać. Wyścig w normalnym ruchu ulicznym, wszyscy się
"pozabijają" albo
na przeszkodzie staną pewne miejskie służby. Ja sam byłem raczej pesymistą co do
roli jaką odegram, w ogóle nie miałem zamiaru uczestniczyć. Dosłownie w ostatniej chwili zostałem
namówiony by wziąć udział. Zaufaniem obdarzył mnie "Orzeł" - kierownik kurierów i tak o to kopnął mnie zaszczyt reprezentowania firmowych barw. Wyobrażenia były
dość odpychające, ja młody kurier a tu cała śmietanka z pracy i podobno ma przyjechać ekipa kurierów ze
Stanów, Niemiec i Kanady. Zawody odbywały się
w ciepły słoneczny letni dzień. Oprócz wyścigu kurierskiego były jeszcze dwie konkurencje jazda na czas po torze wokół boiska oraz czasówka pod górę
ulicą Agrykola. Obie odbyły się po wyścigu głównym. |
| W alleykacie od początku liderem był Bedi. On jak i większość startujących
wybrała trasę w której 1 punktem był BIKER na Belwederskiej. Część zaczęła od
Powiśla, głownie kurierzy przyjezdni, którym przewodniczył Szula. Na wysokości mniej więcej Gibalaka do Bediego
dociągnęła grupa z Piotrkiem 55 na czele. To właśnie miedzy nimi toczyła się walka o 1 miejsce. Niestety jak to w
kurierce, stało się coś nie przewidywalnego. Piotrkowi coś się pochrzaniło i zaliczył jeden punkt 2 razy (i tak był 4) i zwycięzcą został Bedi. |
| Czasówka na torze polegała na tym, że każdy kolejno startował jakieś 30m przed punktem
pomiaru czasu (start nie z miejsca) i do przejechania miał jedno okrążenie. Czterech najlepszych ścigało się razem w finale. Wygrał Rambo, ale tak
naprawdę Bolek cały czas prowadził i widać było wyraźnie, że tuż przed metą puścił Rambiona. Następną konkurencją była
czasówka pod górę. Start i meta były na tyle od siebie oddalone, że do zsynchronizowania startu zawodników konieczne było użycie krótkofalówek.
Osoba na szczycie Agrykoli załączała stoper i dawała sygnał startu przez radio. Przyznam, że liczyłem na niezłą pozycje
;) ale się przeliczyłem. Wydawało się że pociągnąłem dość ostro... ;) na ile
ostro tego nigdy się nie dowiem. Jak się później okazało - przez pewnego dowcipnisia
nie zmierzono mi czasu. Ten "nieupoważniony"
;) dobrał się do radia i wystartował mnie, o czym metowy ze stoperem nie
wiedział. Podano mi jakiś wymyślony czas, heh więc kto wie? może zgarnął bym
puchar "górala"? ;) Wygrał chyba Bolek, choć był lepszy koleś na aluminiowym góralu, który nie był klasyfikowany. Po wszystkim była impreza w Źródełku,
rozdanie nagród, gratulacje, kondolencje... itd. Było fajnie, jeżeli chodzi o mnie mogło być
jeszcze fajnej bo od 2 dni męczyła mnie sraczka także do wszystkiego
podchodziłem z dość kwaśną miną, ale i tak wypadłem nieźle (pierwsza dziesiątka w alleykacie). Niestety ale sraczka może naprawdę wiele zepsuć, zmienia historie... życie ;-) |
|
|